19-letni kot zabrany sprzed prywatnej posesji został uśpiony przez fundację. Opiekun chce zgłosić sprawę policji, fundacja zabiera głos
Wracamy do sprawy z ulicy Kościańskiej.
W poniedziałek pisaliśmy na epoznan.life o "kradzieży" kota, do której doszło na ulicy Kościańskiej w Poznaniu. W tej sprawie napisał do nas opiekun zwierzęcia. Jak relacjonował, nagrania monitoringu wskazują, że dwie kobiety z transporterem pojawiły się przy płocie jego posesji i zabrały kota, który od lat był członkiem ich rodziny. Zwierzę siedziało przed płotem, a kobiety nie spróbowały nawet zapytać domowników czy kot ma dom. Jak podkreślił opiekun, to 19-letnie zwierzę będące pod opieką weterynarza. Rodzina wiedziała, że jego dni były policzone ze względu na chorobę, ale, ponieważ funkcjonował dobrze, wciąż mógł chadzać swoimi ścieżkami.
Jeszcze w poniedziałek wieczorem, po naszej publikacji, ponownie skontaktował się z nami opiekun kota Macieja, bo tak zwierzak miał na imię. Miał, bo kot nie żyje. - Finał jest smutny i bulwersujący zarazem - mówi Paweł. - Otóż to osoby współpracujące z "fundacją" "Koci Pazur" ukradły mojego kota, po czym założyły na niego zbiórkę. Zebrały kilkaset złotych, a następnie po dwóch dniach przetrzymywania z dala od jego domu, w niewoli i w stresie, go uśpiły! Sytuacja jest bulwersująca do głębi przez fakt, że osoby rzekomo działające dla dobra zwierząt tak naprawdę przyczyniają się do ich rychłej, przedwczesnej śmierci! Całe zdarzenie jest zarejestrowane na kamerach i sprawa będzie miała swój dalszy bieg - będzie zgłoszona na policję. Osoby porywające kota nie podjęły najmniejszych starań, aby porozmawiać z domownikami lub sąsiadami. Stan zdrowia naszego kota był nam znany, kot miał guza, ale funkcjonował normalnie, był pod kontrolą weterynaryjną, wiedzieliśmy, że jego dni są policzone, ale to moim zadaniem, niełatwym z resztą, było podjęcie decyzji o uśpieniu mojego kota, gdyby jego stan się pogorszył. Takie były też ustalenia z weterynarzem - podkreśla.
Paweł łamiącym głosem mówi o tym, że został okradziony z przyjaciela, pozbawiono go szansy na pożegnanie się z kotem, który przez 19 lat codziennie witał go przed domem, gdy ten wracał z pracy. - Witał każdego domownika i wchodził do domu dopiero, gdy wszyscy byli w środku. To nie był typ kota domowego, nie usiedziałby w czterech ścianach. Chodził po naszej działce, wychodził też przed posesję. Ale to nie jest zapuszczona okolica. To osiedle, na którym nie ma bezpańskich zwierząt. A panie, które go zabrały, pokazywały nawet palcem na miski naszego kota. Wszystko się nagrało. On był karmiony lepiej niż niejedno dziecko w tym kraju - tłumaczy. - Nie zadały sobie najmniejszego trudu, by zapytać o kota mieszkańców ulicy, a widziały, że jest tam karmiony. Weterynarz powiedział nam wprost - guz jest nieoperacyjny, głaskać, kochać, przytulać. Gdy zrobi się gorzej, trzeba będzie pożegnać. Ale mi tę możliwość odebrano - żali się. Dodaje też, że próbował zapytać w fundacji o możliwość zabrania ciała kota, ale nikt się z nim nie kontaktuje.
Skontaktowaliśmy się z Fundacją Koci Pazur w tej sprawie. Jak zaznacza, zgłoszenie w sprawie kota dotarło do fundacji od osoby trzeciej. - Widoczny stan zwierzęcia, w szczególności duża i podkrwawiająca zmiana w okolicy szyi, wskazywał na konieczność pilnego udzielenia mu pomocy. Po przybyciu na miejsce wolontariuszka zastała kota wychudzonego, osłabionego i wymagającego niezwłocznej konsultacji weterynaryjnej. Zwierzę zostało zabezpieczone i przewiezione bezpośrednio do lecznicy - tłumaczy Anita Łukowska z fundacji.
- Podczas pierwszej wizyty lekarz weterynarii stwierdził zły stan ogólny kota, wychudzenie, twardy guz w okolicy karku o wielkości dużej mandarynki oraz bardzo zły, bolesny stan jamy ustnej. Pobrano krew do badań, wykonano biopsję zmiany i zalecono dalszą diagnostykę, w tym badanie RTG klatki piersiowej. Kot otrzymał również niezbędne leki, w tym leki przeciwbólowe. Fundacja dysponuje dokumentacją fotograficzną oraz dokumentami otrzymanymi z lecznicy. W chwili interwencji kot znajdował się na ulicy - poza prywatną posesją, bez bezpośredniego nadzoru. Nie miał adresatki ani innego widocznego oznaczenia, a przeprowadzone w lecznicy badanie wykazało brak mikroczipa. Wolontariuszki nie miały zatem możliwości niezwłocznego ustalenia, że zwierzę ma właściciela ani skontaktowania się z nim - dodaje. - W tych okolicznościach ich działanie było podyktowane wyłącznie koniecznością zabezpieczenia zwierzęcia, udzielenia mu pilnej pomocy i ograniczenia jego cierpienia. Wolontariuszki nie działały w celu przywłaszczenia kota ani osiągnięcia jakiejkolwiek korzyści. Zwierzę zostało przewiezione bezpośrednio do lecznicy i od początku pozostawało pod opieką weterynaryjną. Trudno oczekiwać, aby w sytuacji, w której wychudzony kot z dużą, podkrwawiającą zmianą wymagającą pilnej pomocy, osoby podejmujące interwencję przed zawiezieniem go do lekarza chodziły od domu do domu i ustalały, czy zwierzę może należeć do któregoś z okolicznych mieszkańców. W pierwszej kolejności należało zabezpieczyć jego zdrowie i ograniczyć odczuwany ból. Fundacja opublikowała również w swoich mediach społecznościowych informację wraz ze zdjęciem przyjętego kota. W tym czasie nie dysponowała informacją pozwalającą na ustalenie jego opiekuna.
Kolejne badania w lecznicy miały wykazać, że stan kota jest bardzo ciężki. Leczenie miało być nieskuteczne, a rokowania były niepomyślne. - Po stwierdzeniu, że dalsze życie kota wiązałoby się z bólem i cierpieniem, lekarz weterynarii zalecił jego humanitarną eutanazję. Decyzja ta nie została podjęta pochopnie ani ze względów finansowych. Jej wyłącznym celem było oszczędzenie zwierzęciu dalszego cierpienia. Zabieg został przeprowadzony przez lekarza weterynarii zgodnie ze wskazaniami medycznymi. Fundacja oczekuje obecnie na przekazanie pełnej dokumentacji z lecznicy, która szczegółowo odzwierciedli przebieg diagnostyki, zastosowane procedury oraz stan zdrowia kota. Posiadane już dokumenty potwierdzają jednak, że zwierzę znajdowało się w ciężkim stanie i wymagało pilnej pomocy - utrzymuje.
Fundacja potwierdza, że założyła zbiórkę na leczenie kota. Uzbierano 360 złotych. Zbiórkę zakończono, gdy podjęto decyzję o uśpieniu zwierzęcia. Koszty miały być jednak znacznie wyższe i przekroczyć 1900 złotych - brakującą kwotę pokryła fundacja ze środków statutowych.
- Fundacja Koci Pazur od ponad 20 lat niesie pomoc zwierzętom bezdomnym, chorym i skrzywdzonym. Wolontariusze oraz członkowie władz Fundacji wykonują swoją pracę społecznie i nie pobierają za nią wynagrodzenia. Sugestie, że interwencję podjęto w celu osiągnięcia zysku, są niezgodne z rzeczywistym przebiegiem zdarzeń i szczególnie krzywdzące dla osób, które podjęły działania wyłącznie w celu udzielenia pomocy cierpiącemu zwierzęciu. Fundacja szczerze ubolewa z powodu konieczności wykonania eutanazji kota i rozumie ból osoby, która deklaruje, że przez wiele lat sprawowała nad nim opiekę. Utrata zwierzęcia po tak długim okresie wspólnego życia jest niewątpliwie tragicznym i bardzo trudnym doświadczeniem. Okoliczność ta nie zmienia jednak faktu, że w chwili interwencji wolontariuszka nie wiedziała, że kot ma właściciela, i nie dysponowała żadnym sposobem szybkiego ustalenia jego danych. Sytuacja ta pokazuje, jak ważne jest czipowanie zwierząt oraz aktualizowanie danych właściciela w odpowiedniej bazie. Miasto Poznań umożliwia mieszkańcom bezpłatne znakowanie psów i kotów. Takie oznaczenie pozwala osobie, która znajdzie chore lub zagubione zwierzę, niezwłocznie skontaktować się z jego właścicielem. Apelujemy również, aby koty domowe, szczególnie starsze, chore lub wymagające leczenia, przebywały w domu, a poza domem wyłącznie pod odpowiednim nadzorem. Ogranicza to ryzyko zaginięcia, potrącenia, zatrucia, ataku innych zwierząt lub nagłego pogorszenia stanu zdrowia, a także zmniejsza zagrożenie dla dzikich ptaków i drobnych ssaków. Jednocześnie stanowczo sprzeciwiamy się publicznemu przedstawianiu wolontariuszek jako sprawczyń kradzieży, kierowaniu wobec nich gróźb i wulgarnych obelg oraz dalszemu rozpowszechnianiu ich wizerunków w kontekście zarzutu popełnienia przestępstwa. Wolontariuszki działały w dobrej wierze i w celu udzielenia pomocy ciężko choremu zwierzęciu. Przypisywanie im przestępczych intencji, zanim sprawa została rzetelnie wyjaśniona, jest nieuprawnione i krzywdzące. Kwestia potencjalnego naruszenia dóbr osobistych Fundacji i jej wolontariuszy została przekazana do analizy prawnej. Fundacja zastrzega możliwość podjęcia odpowiednich działań w przypadku dalszego rozpowszechniania nieprawdziwych informacji, gróźb, obelg lub materiałów naruszających prawa jej wolontariuszy. Pozostajemy gotowi do rzeczowego wyjaśnienia sprawy oraz przedstawienia posiadanej dokumentacji - kończy.
Paweł nie ukrywa, że po naszej publikacji skontaktowało się z nim wiele osób, z różnych części Poznania, które mówiły o zaborze zwierząt przez różne organizacje i zbieraniu na nie środków finansowych. - Tak nie może być. Moi sąsiedzi są zbulwersowani całą tą sytuacją. Sąsiad ma kota rasy Ragdoll, którego nie można utrzymać w domu. Wszyscy go znają, uwielbiają, jest głaskany przez okolicznych mieszkańców, gdy chodzi po okolicy. A co jak ktoś napisze do jakiejś fundacji, że ten kot potrzebuje pomocy? Też ktoś przyjedzie i go zabierze nie pytając mieszkańców? Przecież to jest absurdalne! - mówi. Paweł utrzymuje, że sprawa zostanie zgłoszona policji.



Najpopularniejsze komentarze